IKOKU MEIRO NO CROISÉE odc.1 ~ wrażenia

8 Lip

Zanim przejdę do rzeczy, dwie małe sprawy organizacyjne:

  1. Uzupełniłam w końcu stronę „O blogu„, gdyż zauważyłam, że prawie każda osoba odwiedzająca tam zagląda. Teraz można tam przeczytać o celach tego bloga i moich planach z nim związanych.
  2. Do końca tego tygodnia, a pewnie i na początku przyszłego, będę się zajmować wyłącznie nowościami tego sezonu, więc kolejnych recenzji bądź zajawek mang można się spodziewać najwcześniej za tydzień (gdyby kogoś to interesowało).

To tyle ze spraw organizacyjnych, więc przejdźmy do konkretów.

ikoku meiro no croisee

Ikoku Meiro no Croisée przyciągnęło mnie przede wszystkim umiejscowieniem akcji we Francji końca XIX wieku. Osobiście uwielbiam serie rozgrywające się w tym okresie (bądź na niego stylizowane), a Paryż jako miejsce akcji wydał mi się dodatkowym wabikiem, gdyż większość serii tego typu jest umiejscowiona w Anglii. Co więc mogę powiedzieć o tym nowym tytule?

O czym w pierwszym odcinku?,

Podstarzały, ale sympatyczny pan Oscar wraca do rodzinnego Paryża z podróży handlowej do Japonii. Oprócz różnego rodzaju pamiątek przywozi ze sobą małą Japonkę o imieniu Yune, którą rodzice wysłali do Francji, aby odbyła praktyki jako służąca. Tak się akurat składa, że rodzina pana Oscara od kilku pokoleń prowadzi warsztat kowalski, specializujący się przede wszystkim w wykonywaniu szyldów, w którym obecnie pracuje jedynie wnuk Oscara, Claude. Jest on zszokowany obecnością małej cudzoziemki i jej „dziwnym” zachowaniem. Mimo niezbyt przyjaznej postawy Claude’a, Yune ostatecznie zostaje w warsztacie i stara się pomóc, jak tylko może.

Właściwie trudno dużo powiedzieć o tym odcinku – nie chcę go całego spoilerować, zresztą szczerze powiedziawszy, dużo się tu raczej  nie dzieje. Pierwszy odcinek skupia się głównie na próbach Claude’a i Yune znalezienia wspólnego języka (w przenośni i dosłownie, gdyż dwójce ludzi z różnych krajów raczej ciężko się dogadać, jeśli nie znają nawzajem swoich języków). Właśnie w kwestii języków lekko namieszano – niby Yune nie rozumie, co do niej mówi Claude i vice versa, w praktyce zdają się zawsze wiedzieć, o co chodzi – na szczęście to raczej nie błąd scenarzystów, gdyż wszystko zostaje wyjaśnione na koniec odcinka.

O bohaterach też nie można dużo powiedzieć, gdyż właściwie poznajemy tylko wymienioną już przeze mnie trójkę. Yune ma zdaje się uosabiać wszystkie dobre cechy kojarzone z Japończykami – pracowitość, grzeczność, uczynność, odpowiedzialność… Wychodzi nam postać na wskroś dobra i prawie bez wad, jednak twórcom udało się chyba osiągnąć podstawowe założenie – dziewczynka wzbudza dużą sympatię. Zresztą to samo można powiedzieć o Oscarze i Claudzie – wydają się być bardzo sympatyczni, i niewiele więcej można o nich powiedzieć, może poza tym, że Claude czasem bywa też dość… szorstki. Reszta postaci pojawiających się w pierwszym odcinku jest całkiem nieistotna, przynajmniej jak na razie – robią głównie za tło, a jak coś powiedzą, to są to zaledwie 2-3 zdania.

Bez wątpienia najciekawszym elementem tego anime jest zderzenie się kultury europejskiej i japońskiej i to w okresie, kiedy obie strony nie wiedziały jeszcze o sobie tyle, ile w czasach dzisiejszych. Reakcje Claude’a na „typowo japońskie” zachowania Yune momentami są nawet całkiem zabawne. Dziewczynka zwraca też uwagę wielu innych ludzi, a sama również uważnie obserwuje wszystko, co się dookoła niej dzieje. Sądząc z zapowiedzi kolejnego odcinkach, w dalszej części anime pojawi się jeszcze więcej ciekawych sytuacji wynikających ze zderzenia kultur właśnie.

Opening i ending są nawet przyjemne, ale nie zapadają szczególnie w pamięć. Tak samo z muzyką „w tle” – niby coś tam gra, i nawet pasuje do klimatu serii, ale na kolana z pewnością nie rzuca.

Grafika

Tym co zachwyciło mnie już od pierwszych minut tego odcinka, były tła. Uważam, iż są naprawdę śliczne, a w dodatku bardzo dobrze oddają XIX-wieczne realia (co w wielu seriach rozgrywających się w tym okresie nie jest wcale takie oczywiste). Uwagę przyciągają również różne „cudeńka”, wykonane w warsztacie naszych bohaterów – szyldy, świeczniki i najróżniejsze metalowe przedmioty. Muszę powiedzieć, że bardzo przyjemnie się na to wszystko patrzy – dla mnie to bardzo duży plus.

Niestety, gorzej sytuacja przedstawia się, jeśli chodzi o projekty postaci. Są one dość uproszczone i mało różnorodne – spodobał mi się jedynie chara design Yune i Claude’a, natomiast zarówno Oscar jak i wszystkie pozostałe postacie przewijające się na ekranie nie zrobiły na mnie szczególnie dobrego wrażenia. Nie są to może projekty naprawdę tragiczne i odpychające (zresztą i tak widziałam już dużo gorsze), ale moim zdaniem rysownicy mogli się bardziej postarać w tej kwestii. Ponadto zwróciłam uwagę na nieco zbyt duży rozstaw oczu, nieco bardziej widoczny u postaci żeńskich, i muszę powiedzieć, że takie „żabie oczy” nieco mnie irytują – cóż, chyba będę potrzebowała paru odcinków, aby się przyzwyczaić.

Zauważyłam jeden błąd, jeśli chodzi o grafikę – w połowie odcinka mamy scenę, w której Yune niechcący zwala na ziemię szyld z żelaznym motylkiem, którego skrzydła uzupełniono kolorowymi szkiełkami. Szkiełka oczywiście tłuką się, następnie wszystkie wypadają ze stelażu, jednak w następnym ujęciu widzimy wszystko z większej odległości i mimo, iż szkiełka leżą obok, motyl jest cały czas kolorowy. Kiedy znów mamy zbliżenie na tę scenę, wszystko wraca do normy – motylek znów jest tylko metalowym stelażem bez wypełnienia. Innych błędów się nie dopatrzyłam.

Podsumowanie

Ikoku Meiro no Croisée wygląda po prostu na całkiem przyjemną serię obyczajową. Po seansie ze zdziwieniem stwierdziłam, że mimo iż niby nie działo się tam nic bardzo ciekawego, wcale się nie nudziłam. Postaci nie są może genialne, ale nietrudno je polubić, fabuła natomiast prawdopodobnie będzie się składać z epizodycznych opowiastek – chociaż niewykluczone też, że w trakcie serii dojdzie jeszcze jakiś dłuższy wątek, który mógłby się stać osią fabuły. Na razie jednak wszystko pewnie będzie się skupiać na poznawaniu przez Yune europejskiej kultury, oraz wzbudzaniu przez nią u innych zainteresowania Japonią. Nie brzmi to może bardzo interesująco, ale w praktyce wypada dużo lepiej, niż można by się spodziewać.

Lekka, miła i sympatyczna – te słowa chyba najlepiej podsumowują tę serię. Dla fanów historii z XIX wieku – pozycja obowiązkowa. Dla reszty widzów może być dobrą odskocznią po innych, wypełnionych po brzegi akcją tytułach. Osobiście uważam, że warto zwrócić na to anime uwagę i dać mu szansę – ja w każdym razie z pewnością będę dalej śledzić losy Yune ;).

***** ***** *****

Ikoku Meiro no Croisée jest już dostępne z polskimi napisami na shinden anime. Polecam ten portal, gdyż można tam obejrzeć anime online w naprawdę dobrej jakości, co właściwie jest w Polsce rzadkością 😉

Jak już zapowiedziałam, mam w planach zajawki również innych anime z sezonu letniego, nie jestem jednak jeszcze pewna, jakie to będą serie i w jakiej kolejności się pojawią. Mam w planach do obejrzenia następujące serie:

  • No. 6
  • Usagi Drop
  • Kami-sama no memo-chou
  • Uta no Prince-sama: Maji Love 1000%?
  • iDOLM@STER
  • Itsuka Tenma no Kuro Usagi
  • Dantalian no Shoka

… jednak najprawdopodobniej nie wszystkie z nich doczekają się zajawek na tym blogu – wszystko będzie zależało od tego, ile będę miała czasu i jakie wrażenie wywrą na mnie te serie. Bądź co bądź, kolejna zajawka powinna pojawić się jutro i najprawdopodobniej będzie to Kami-sama no memo-chou lub Uta no Prince-sama.

Na sam koniec, jak poprzednio, parę dodatkowych screenów.


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: